W długi weekend zaludniły się wsie w naszym regionie. Przybysze z Warszawy, Trójmiasta, Śląska, Łodzi i Olsztyna przyjechali, by odpocząć w swoich letniskowych domach, z daleka od cywilizacji.
Widać było, że atrakcyjnie położone wsie na Warmii i Mazurach mają nowych mieszkańców. Coraz więcej mieszczuchów wykupuje podupadłe gospodarstwa. Taki koloniami nowych osadników stały się np. okoliczne podolsztyńskie wioski: Dywity, Naterki, Stawiguda, Rentyny, Bukwałd. Ich nowi mieszkańcy ratują te osady przed wymarciem. – Wolę mieszkać na odludziu i jeździć wyboistą drogą niż mieszkać w mieście – mówi pan Bogusław z Gronit, na co dzień wiceprezes w jednej z olsztyńskich firm.
- Domy i mieszkania w mieście są drogie, w cenie dużego mieszkania w bloku można mieć trzy razy większy stary dom na wsi – argumentują nowi mieszkańcy wsi
Ładna okolica kusi wszystkich, na wsi osiedlają się znani ludzie polityki czy biznesu: Henryka Bochniarz, Leszek Balcerowicz. Nie brak też artystów np. Tadeusz Drozda buduje się w Naterkach. We wsiach naszego regionu już mieszkają Jerzy Wiess, Jacek Kuroń, Janusz Stokłosa.
Dzięki ich obecności mieszkańcy mają pracę.
Jednak większość wsi ma mniej szczęścia. Dawniej tętniące życiem powoli wymierają. Przepaść między wsią a miastem pogłębia się coraz bardziej.
W raporcie Organizacji Narodów Zjednoczonych pt. Polska 2000 czytamy: ,Mamy do czynienia z dwiema Polskami: miejską, należącą do świata społeczeństw rozwiniętych oraz wiejską, znacznie jeszcze zacofaną. Dysproporcje wynikają z braku infrastruktury, bezrobocia, biedy mieszkanców wsi.” Warmia i Mazury w raporcie są stawiane jako przykład takiego rozwarstwienia.
- Żaden rząd nie miał nigdy pomysłu na uzdrowienie polskiej wsi, szczególnie tej popegeerowskiej. Brakuje strategii wyrwania z marazmu gospodarczego mieszkańców wsi żyjących na granicy ubóstwa. Najgorsze jest to, że w tym marazmie tkwią także ich dzieci – twierdzi socjolog Alfred Czesla.
Według ekspertów ONZ utrwalanie się takiego podziału jest istotnym czynnikiem destabilizującym proces rozwoju kraju. Zdaniem socjologów może to doprowadzić także do niebezpiecznego wybuchu niezadowolenia.
Rzeck sąsiaduje z Biskupcem, leży przy trasie z Olsztyna do Mrągowa. Od 15 lat sołtysem jest tu Bronisław Dudzic, właściciel 20 ha gospodarstwa.
- Dałem się wybrać, bo chciałem mieć telefon – wyznaje szczerze. – Ale to już ostatnia kadencja. Trzeba ustąpić młodszym. Jeśli się znajdą.
Sołtys Rzecka nie kryje, że jego dalsze plany nie są związane z rolnictwem, o którym mówi żartobliwie, że to jego hobby. Liczy na to, że cena gruntu przy drodze krajowej nr 16 na pewno pójdzie w górę. Być może wówczas ją sprzeda i będzie żył spokojnie z emerytury i odsetek.
Przypuszcza, że podobnie myślą inni rolnicy z Rzecka, których jednak ubywa z każdym rokiem. Nie mają następców.
- Młodzież ucieka do miast. A dlaczego ma tutaj zostać, skoro opłacalność produkcji spada? Oto jeden przykład. W 1982 roku za litr sprzedanego mleka otrzymywałem litr ropy. Teraz, żeby kupić litr ropy, muszę sprzedać trzy litry mleka – mówi sołtys.
Mimo tych trudości twierdzi, że do gospodarki nie dokłada. Sprzedaje świnie, byki, mleko. Uważa też, że od Unii nie ma odwrotu. Prognozy, co z tego dla polskiego rolnictwa wyniknie, nie podejmuje się postawić.
Dla mieszkańców wsi teraz najważniejsze jest przetrwanie. Zarabiają, o ile mają pracę, od 200 do 500 złotych mniej niż mieszkańcy miast. Na zaniedbanej wsi istnieje dodatkowy podział wszechobecnej biedy. Na przykład Grzędy koło Bisztynka to wieś rolnicza, gdzie zawsze były gospodarstwa indywidualne i ludzie jakoś sobie radzili.
- Jest kilkunastu rolników. Niby każdy sieje i uprawia ziemię, zyski są, choć małe. Tu wszędzie były peegery, jakoś się żyło, a teraz jest bieda – mówi Zbigniew Olszewski, sołtys z Grzęd.
Pobliskie Sątopy, Pleśno czy Janowiec to typowe popegeerowskie wsie, gdzie ludzie od kilku lat pozostają bez pracy. Wegetują, starając się przetrwać. Za grosze muszą utrzymać swoje rodziny. W ciągu ostatniego roku co trzeci dorosły miał, chociaż na krótko, jakąś pracę. W domach brakuje na ubrania, podręczniki i jedzenie. Podczas zajęć w szkole w Grzędach bywało tak, że dzieci mdlały z osłabienia. Tylku kilkunastu rodziców na 135 dzieci, stać było na składkę na komitet rodzicielski.
Wielopokoleniowe rodziny (od 4 do 10 osób) muszą przeżyć czasem za 300-600 złotych miesięcznie.
- Mamy tam do czynienia już z dwupokoleniowym bezrobociem. Ludzie popadli w bezsilność biedy, zachowując postawę roszczeniową – twierdzi psycholg Jacek Doliński. – Nauczyły ich tego pegeerowskie deputaty i przywileje. Ich sytuację pogarsza brak wykształcenia. A młodzi ludzie nie mają wzorców sukcesu, coraz mniej jest przykładów, że ktoś młody odniósł sukces, udało mu się zrobić karierę. Jednak w miastach jest więcej takich przykładów, które pociągają innych młodych. Bieda łączy się z poziomem wykształcenia, a z tym na wsi jest coraz gorzej.
Na wsi jest coraz gorszy dostęp do szkół, pogarszają się warunki i poziom nauczania. W województwie warmińsko-mazurskim likwidowanych będzie 79 placówek oświatowych, w tym głównie szkoły podstawowe i przedszkola. Na przykład w ciągu ostatnich dwóch lat w gminie Iława z 18 szkół zlikwidowano osiem podstawówek. – Likwidowanie wiejskich szkół, które nieraz pełniły rolę ośrodków kultury, takich okienek na świat, minimalizuje szanse dzieci na zdobycie wykształcenia i dobrego zawodu – twierdzą specjaliści.
Tylko 10 procent wiejskiej młodzieży kontynuuje naukę w szkołach średnich. Zaś na studia trafia 3 procent (w miastach- ok. 20 procent).
W latach 80-tych co 14 dziecko wiejskie podejmowało naukę na studiach uniwersyteckich, zaś w 90-tych nawet co 140. – Od kiedy zlikwidowano tzw. punkty za pochodzenie nie prowadzimy statystyk, ile studiuje u nas dzieci wiejskich. W 1999 gdy ruszał Uniwersytet Warmińsko-Mazurski na 15 tys. studentów, było ich 31 procent. Teraz szacujemy, że na 29 tysięcy jest ich około 34 procent – infromuje Katarzyna Kozłowska z biura rekrutacji UWM
Główny powód? Rodziców nie stać na finansowanie nauki. Zaledwie 3 proc. mieszkańców wsi ma wyższe wykształcenie, w mieście to 11 proc, przy średniej dla całego kraju – 7,8 proc. Receptą na ten problem ma być regionalny program wyrówniania szans edukacynych młodzieży wiejskiej. To pierwszy taki pomysł w kraju. Prawie tysiąc uczniów i około 200 studentów, otrzymało stypendia (250-300 zł). Pieniądze mogą przeznaczyć na koszty dojazdów, nauki i pomoce szkolne.
Powiększający się dystans cywilizacyjny pomiędzy miastem a wsią nie poprawią nowe kilometry sieci wodociągowej i liczba telefonów na wsi.
W ubiegły roku Telekomunikacja Polska w regionie podłączyła 23 tysiące telefonów, na wsi ponad 13,3 tysiące. Od kilku lat więcej nowych numerów podłączanych jest na obszarach wiejskich. Jednak jest to raczej szybkie odrabianie kilkudziesięcioletnich zaległości niż powód do dumy. Dysproporcja utrzymuje się nadal. W miastach średnio na stu mieszkańców przypada ok. 32 telefonów, na wsiach tylko 16.
Szwajcarska gazeta Neue Zuercher Zeitung w korespondencji z Olsztyna tak relacjonuje sytuację gospodarczą Warmii i Mazur: ,Atrakcyjne pod względem turystycznym obszary Polski są jednocześnie obszarami największej biedy i zacofania gospodarczego. Działania władz wojewódzkich zmierzające do jego zwalczania są mało skuteczne, gdyż mimo przeprowadzenia reform administracji państwowej i samorządowej, przydział pieniędzy pozostał w dalszym ciągu w gestii administracji centralnej. Środki te są zresztą niewielkie.”
Autor artykułu: KRZYSZTOF Berent