Od zdobycia srebrnego medalu olimpijskiego przez olsztynianina Andrzeja Gronowicza minęło prawie ćwierć wieku. Nie na tyle dużo, by zapomniał, jak do tego doszło.
Srebrny medalista igrzysk w Montrealu (1976) Andrzej Gronowicz od ponad 12 lat przebywa wraz z rodziną za granicą. Polski trener uczy Kanadyjczyków, jak się najszybciej ścigać w… kanadyjkach. W Olsztynie bywa bardzo rzadko. Ostatnio odwiedził mieszkających tu rodziców i rodzeństwo. Przy okazji opowiedział Gazecie:
- Miałem może 13 lat, gdy starszy brat wziął mnie na żaglówkę. Pływaliśmy z pół dnia po Krzywym. Bardzo mi się to żeglowanie spodobało. Od tamtego czasu często przychodziłem nad jezioro i któregoś dnia trafiłem na przystań Stomilu. Nie było tam żaglówek, tylko kajaki i motorówki. Najpierw tylko się przyglądałem, ale po paru tygodniach odważyłem się zapisać do sekcji. Byłem drobnym chłopcem, więc nie wywałałem u nikogo nawet najmniejszego zainteresowania.
Przez kilka miesięcy byłem tylko chłopakiem na posyłki: przenieś łódkę tu, postaw wiosła tam, posprzątaj w szatni, wynieś śmieci, pomaluj hangar… Kiedy któregoś wieczoru udało mi się po trenigu starszych kolegów wsiąść do kajaka, byłem strasznie szczęśliwy. Kilka dni później udało mi się nawet odpłynąć trochę od przystani. Widocznie trener Wacław Sklinsmont zauważył te moje podchody, bo pewnego dnia podszedł do mnie i zaproponował, żebym dał sobie spokój z kajakami, a zainteresował się kanadyjkami. – Dam ci łódkę tylko do twojej dyspozycji – powiedział. Nie wierzyłem własnym uszom. Oczywiście od razu przyjąłem jego propozycję i jeszcze tego samego dnia podjąłem próbę utrzymania równowagi w tej chybotliwej łupinie. Początek nie był łatwy, ale po kilkunastu dniach radziłem już sobie z kanadyjką zupełnie nieźle…
- Po paru miesiącach treningów pod kierunkiem trenerów Wacława Sklinsmonta, Piotra Żukowskiego i Mariana Rapackiego dowiedziałem się, że wypytowano mnie na eliminacje do kadry juniorów w Wałczu. Były to moje pierwsze w życiu regaty. Pamiętam dokładnie: trema ściskała mi żołądek aż do bólu. Byłem sztywny jak trzonek łopaty. Patrzyłem z zazdrością na szykujących się do startu rywali; co drugi miał reprezentacyjne stroje.
Czułem się w tym towarzystwie jak piąte koło u wozu. W końcu wystartowaliśmy. Zbliżam się do mety, patrzę w lewo, patrzę w prawo, a tu nikogo nie ma. – Pewnie pomyliłem trasę – pomyślałem. – Może popłynąłem w przeciwnym kierunku? Dopłynęłem jednak do mety. Spojrzałem do tyłu i zatkało mnie. Kilkadziesiąt metrów za mną było całe towarzystwo. Nie chciało mi się wierzyć, że aż tak im dołożyłem. Gdy tylko dopłynąłem do przystani zrobił się wokół mnie ruch: jak się nazywasz, skąd jesteś, od kiedy trenujesz? Trener Sklinsmont też nie mógł opędzić się od ciekawskich…
- Po tych regatach dostałem od razu powołanie do kadry Polski juniorów. I tak się zaczęła moja reprezentacyjna przygoda. Jako młody kadrowicz wyjeżdżałem na zawody zagraniczne, ale tylko do krajów, jak to się wtedy mówiło, demokracji ludowej. Mój poważny zagraniczny debiut odbył się w Żytomierzu na Ukrainie. Startowałem tam w dwójce z Jankiem Żukowskim, moim klubowym partnerem.
W tamtych czasach na kanadyjkarzy nikt specjalnie nie liczył, więc wysyłano nas głównie tam, gdzie można było dostać po tyłku. Pływało mi się jednak coraz lepiej i co rusz zdobywałem medalowe pozycje. Kiedy zostałem seniorem, nadal jeździłem na obozy kadry narodowej. Jurek Opara, wicemistrz świata w kanadyjkach jedynkach, był wtedy gwiazdą polskiego kajakarstwa. Na jednym ze zgrupowań była taka scena. Zerwaliśmy się rano na gimnastykę, oczywiście bez Jurka. Gdy kończyliśmy zajęcia, on dalej słodko spał. Kiedy któryś z nas zapytał, dlaczego go nie ma, prowadzący zajęcia trener odpowiedział, że jest… niedysponowany. Po jakimś czasie pojawił się wśród nas. – Co byś chciał teraz robić Jureczku? – spytał go trener. – Co bym chciał? Weź mnie na barana i zanieś do pokoju, bo się nie wyspałem. Ku naszemu zdziwieniu tak też się stało…
- Potem Jurek Opara pływał nadal właściwie tylko w jedynce. Nie odnosił już takich sukcesów jak wcześniej, więc zapropnowano mu, żeby się przesiadł do reprezentacyjnej dwójki. Ze mną w składzie. I tak zaczęliśmy wspólne treningi. Przyszedł wreszcie czas na pierwsze zawody. Na początku szło nam różnie. Jak były jakieś niepowodzenia, to tłumaczono, że to z mojej winy, a jak wygrywaliśmy, chwała spadała tylko na Jureczka. Muszę jednak przyznać, że z każdym miesiącem docieraliśmy się i przyzwyczajaliśmy się do siebie. W 1972 r. wystartowaliśmy na olimpiadzie w Monachium. Nie poszło nam, start zakończyliśmy na ćwierćfinałach. Mimo to związek postanowił, że będziemy się przygotowywać nadal razem do kolejnej olimpiady – w Montrealu…
- Na rok przed igrzyskami polecieliśmy do Montrealu na regaty przedolimpijskie z udziałem prawie całej światowej czołówki. Płynęło nam się bardzo dobrze. W C-2 na 500 m byliśmy trzeci, na 1000 o jedno miejsce dalej. Gdy staliśmy na podium, powiedziałem do Jurka: – Wcale bym się nie zmartwił, gdybyśmy tak za rok też stali na podium. I spełniło się! Może niedokładnie tak samo, bo medal dostaliśmy nie za 500 m, ale za 1000. I nie brązowy, a srebrny.
W olimpijskim finale 1000 m wiosłowało mi się nadspodziewanie lekko. Płynęliśmy od startu do mety na drugiej pozycji. Przed nami Rosjanie , którzy byli nie do pokonania. Gdy staliśmy na podium, przypomniałem Jurkowi rozmowę sprzed roku. Na 500 m szło już dużo gorzej. Przypłynęliśmy na czwartym miejscu.
Postanowiłem utrzymać się na fali do następnej, moskiewskiej olimpiady. Jednak po roku czy dwóch miałem tak na dobrą sprawę wszystkiego powyżej uszu. Na okrągło – wyjazdy, obozy, konsultacje, regaty, zgrupawania. Zaczęło mnie to coraz poważniej nużyć. Ile można? Nie trenowałiśmy już z takim zapałem jak wcześniej, więc do Moskwy pojechali inni. Dziś wydaje mi się, że jednak trochę za wcześnie zrezygnowałem z wyczynowego uprawienia sportu. Na początku lat osiemdziesiątych podjąłem pracę w Stomilu, jako trener. Kilka lat później zaproponowano mi pracę w Kanadzie. Dlaczego nie, pomyślałem. I tak w 1988 r. z całą rodziną wylądowałem w Saskatoon…
- Saskatoon to ponaddwustutysięczna stolica prowincji w południowo-środkowej Kanadzie. Pracuję w Racing Canoe Club i zajmuję się szkoleniem kanadyjkarzy. Moja żona Bożena prowadzi butik. Starsza córka Adrianna trenowała tenis. Wyszła za mąż za Kanadyjczyka, który był mistrzem kraju w tenisie, startował na olimpiadzie w Barcelonie. Jakiś czas był zawodowym tenisistą. Z wykszałcenia jest inżynierem informatykiem. Mają syna, Tomka, więc jestem już dziadkiem.
Moja młodsza córka Marta też gra w tenisa i to z niezłym skutkiem. Jest mistrzynią prowincji, aktualnie rakietą nr 9 w Kanadzie. W deblu na ostatnich mistrzostwach kraju zajęła czwarte miejsce.
A ja? Nie rzuciłem tak całkiem wiosła w kąt. Na ostatnich mistrzostwach Kanady byłem w osadzie, która wypływała trzy brązowe medale w C-4. Właściwie to zasiedzieliśmy się już w Kanadzie. Ale ja i żona bardzo tęsknimy do Polski. Nie wyobrażamy sobie, byśmy nie wrócili na stałe do kraju…
Autor artykułu: Lech Janka